Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mycie twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mycie twarzy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 czerwca 2013

THE BODY SHOP Nutriganics żel do mycia twarzy

Poszukuję idealnego produktu do mycia twarzy. Lubię przynajmniej raz dziennie umyć twarz w tradycyjny sposób - z użyciem wody. Jest to część mojego popołudniowego rytuału - kiedy już wrócę do domu po pracy i ewentualnych innych atrakcjach to odczuwam potrzebę dokładnego oczyszczenia skóry.
Zależy mi przede wszystkim na tym, żeby kosmetyk nie wysuszał, nie znoszę uczucia ściągniętej, przesuszonej skóry. Jakiś czas temu spotkałam w The Body Shop produkt Nutriganics softening cleansing gel oil i postanowiłam dać mu szansę.
 

Według producenta jest to zmiękczający, lekki żel do mycia twarzy. Zmienia się w olejek kiedy zostanie wmasowany w suchą skórę, usuwa zanieczyszczenia i makijaż, w tym wodoodporny makijaż oczu, nie wysusza skóry.
Brzmii zachęcająco, prawda?
Co więcej producent zapewnia, że 99% składników ma naturalne pochodzenie, a 45% pochodzi z organicznych upraw (między innymi organiczny olejek babassu). Obietnice nie bez pokrycia - kosmetyk posiada certyfikat ECOCERT.

 
Dodatkowo z przodu opakowania znajduje się napis "first signs of aging". Jakoś nie potrafię się przekonać, że produkt do mycia twarzy mógłby mieć cokolwiek wspólnego ze starzeniem, ale nie będę w to wnikać.


Opakowanie - plastikowa, miękka tubka, zaopatrzona w odmykane zamknięcie. Nic odkrywczego, ale produkt jest łatwo wydobyć, jest całkiem wygodny w użytkowaniu.
Zapach - bardzo lekki, przyjemy.
Kosmetyk ma postać białego żelu, który po kontakcie ze skórą staje się bezbarwny. W trakcie mycia rzeczywiście ma się wrażenie, że skóra jest myta olejkiem. Konsystencja jest bardzo delikatna, produkt jest miły dla skóry, nie wyrządza najmniejszej krzywdy. Nie mniej jednak nie do końca mi ta "oleista" formuła odpowiada, może jest to kwesta przyzwyczajenia do bardziej tradycyjnych żeli.

 
Produkt zmywa makijaż, chociaż miałam wrażenie, że nie do końca dokładnie. Nie czułam się komfortowo stosując ten kosmetyk jako jedyny etap oczyszczania, wolałam najpierw zmyć makijaż mleczkiem. Nie jest to dla mnie problem, wręcz ostatnimi czasy coraz bardziej polubiłam się z mleczkami do demakijażu. Ale o tym innym razem.
Ogromy plus tego żelu to fakt, że nie wysusza skóry. Pod tym względem w pełni spełnia moje oczekiwania.


Produkt starczył mi na około 3-4 tygodnie codziennego stosowania, uważam że jest to standardowa wydajność jak na 100 ml. Cena 39 zł na miesiąc - jak dla mnie trochę za drogo, ale sytuację ratuje naturalny skład.
Produkt stosowało się całkiem przyjemnie, ale mnie nie zachwycił.
Ideału szukam dalej.

Cena: 39 zł / 100 ml
Dostępność: sklepy The Body Shop


wtorek, 21 maja 2013

STIEFEL Physiogel żel myjący do twarzy


Notka trochę zaległa, ponieważ produkt skończył mi się już kilka tygodni temu. Kolejny żel do mycia twarzy sięga dna, więc najwyższy czas na refleksje na temat Physiogelu.

  

SŁOWO OD PRODUCENTA
Physiogel żel myjący do twarzy skutecznie myje, zapobiegając wysuszeniu skóry. Nie zawiera mydła, nie zaburza naturalnego pH. Zwykle nie podrażnia skóry i nie wywołuje odczynów alergicznych. Nie zatyka porów.
Regularnie stosowany powoduje, że skóra staje się miękka i gładka.

ZALECANY do oczyszczania skóry: wrażliwej, suchej, alergicznej.


MOJE WRAŻENIA
Opakowanie produktu jest całkiem poręczne. Butelka dobrze leży w dłoni, zamknięcie łatwo się otwiera. Nie odnotowałam żadnych dyskomfortów podczas użytkowania tego produktu.
Pierwsze wrażenie po otwarciu buteleczki – piękny zapach! Tak, wiem, że sztuczny i chemiczny, ale co ja na to poradzę, że mi się podoba. Kojarzy mi się z produktami do pielęgnacji niemowląt, taki subtelny, otulający. Po prostu obłędny.
 
Konsystencja produktu jest dosyć rzadka, ale żel dobrze rozprowadza się na skórze. Rzeczywiście jest bardzo delikatny i nie wyrządza skórze najmniejszej krzywdy. Nie podrażnia, nie wysusza. Jest to dla mnie bardzo ważne, ponieważ organicznie nie znoszą produktów, które powodują efekt ściągniętej, przesuszonej skóry. Po Physiogelu moja skóra czuje się naprawdę dobrze.

   
 
Jest tylko jedno ALE, które dla wielu osób ten produkt zdyskwalifikuje – kompletnie nie zmywa makijażu. Produkt jest aż tak delikatny, że po prostu nie rusza podkładu. Nic a nic. Kiedy miałam na sobie Revlon Colorstay, to po umyciu tym kosmetykiem makijaż był praktycznie nietknięty. Z tego względu początkowo zupełnie nie przypadł mi do gustu, ale miałam też w łazience mleczko do demakijażu, którego jakoś nie mogłam wykończyć, zatem makijaż zmywałam mleczkiem a następnie myłam twarz Physiogelem. Takie połączenie bardzo polubiłam, ponieważ skóra była jednocześnie dokładnie oczyszczona i nie podrażniona w najmniejszym stopniu. Niemniej jednak nie każdy lubi takie rozwiązania.
 
Drugą wadą tego produktu jest jego mizerna wydajność, a w szczególności stosunek ceny do wydajności. W buteleczce znajduje się jedynie 150 ml produktu, które starczyło mi zaledwie na trzy tygodnie stosowania. A jedno opakowanie potrafi kosztować ponad 30 zł.
Mimo wszystko przygodę z tym produktem wspominam całkiem miło, jednakże wracać do niego raczej nie będę. Myślę, że jest to kosmetyk, który może zainteresować posiadaczki cer sugerowanych przez producenta: wrażliwych, suchych, alergicznych.
 
Jakkolwiek pewnie wielu osobom nasunie się porównanie ze znacznie wydajniejszym Cetaphilem. Tak więc, jeśli ktoś ma ochotę zakrzyknąć, że lepiej zainwestować np. właśnie w Cetaphil, to od razu odpowiadam – zgadzam się z wami.


Cena: 20-35 zł / 150 ml
Dostępność: apteki

sobota, 13 kwietnia 2013

Kilka kosmetyków, do których nie wrócę


Zebrało mi się kilka kosmetyków, które, delikatnie mówiąc, nie spełniają moich oczekiwań.
Żegnam się z nimi z ulgą.
Dwa z nich pochodzą z niefortunnej, spontanicznej wycieczki do Rossmana, kiedy to po prostu musiałam kupić jakiś tonik i żel do mycia twarzy. Najbardziej udanym zakupem tamtej wyprawy był… przedłużacz. Tak, w Rossmanie są całkiem spoko przedłużacze, jakby ktoś potrzebował. Serio, serio.
A wracając do tematu - poniżej niechlubne zestawienie gagatków, które się nie spisały.

  

Lirene – Żel do mycia twarzy
Obiecywał, że delikatnie usuwa wszelkie zanieczyszczenia, nie wysuszając przy tym skóry, działa kojąco.
Bazinga.
Po użyciu moja skóra była wysuszona na wiór, desperacko potrzebująca ratunku. Nawet kilka warstw nawilżających nie pomagało, czułam, że moja skóra cierpi.
Żel dostał wiele szans, użyłam go nie raz i nie dwa, stał w łazience kilka ładnych tygodni. Niestety, od pierwszego wejrzenia przeczuwałam, że nic z tego nie będzie, i wraz z upływem czasu było coraz gorzej.
Dodam, że moja skóra nie jest ani specjalnie delikatna, ani wrażliwa, ani nawet sucha. Mam skórę mieszaną, która jest dość odporna na wszelkie specyfiki i zabiegi, ale przy tym cudzie nie wytrzymuje.
Ku sprawiedliwości trzeba mu oddać, że dobrze zmywa makijaż twarzy (oczu zmywać nie próbowałam).
 
  

Kolastyna – Tonik Refresh, cera normalna i mieszana
Ten produkt masochistycznie zużyłam cały. Trochę z rozpędu i trochę ze względu na to, że akurat nie miałam absolutnie nic innego pod ręką oraz wyjątkowo przez dłuższy czas było mi nie po drodze do wszelkich drogerii.
Pierwszy minus tego produktu to zapach, jak dla mnie męskie perfumy z rodzaju Brutal z kiosku Ruchu. Niezbyt, khem, powabny, ale do przeżycia.
Drugi minus to uczucie pieczenia po użyciu tego produktu. Pojawiało się za każdym razem i nie znikało przed dłuższą chwilę. Moja skóra protestowała jeszcze po nałożeniu dwóch warstw nawilżających. Nie wiem dlaczego tak się działo, może jakiś składnik działa na mnie drażniąco.
Ku sprawiedliwości: dobrze oczyszcza i tonizuje skórę.
 

 
Clarena - Fluid Foundation Mat, matujący fluid dla cery mieszanej, tłustej i wrażliwej
Kosmetyk, z którym moja przygoda trwała najkrócej, konkretnie dwa podejścia. Wybrałam kolor ivory, ponoć ten jasny. Może jakbym spędziła dwa miesiące na plaży bez filtra, to byłby jasny. (Produkty Clareny są trudno dostępne w sprzedaży stacjonarnej, a testerów podkładu można ze świecą szukać. Kupiłam przez internet "w ciemno".)
Rozważałam mieszanie z bardzo jasnym podkładem w celu uzyskania rozsądnego koloru, ale zaniechałam prób, ponieważ nijak nie da się pokonać problemu nr dwa, czyli zapachu. Zapach, wiadomo, kwestia indywidualna. W tym przypadku przedziwna woń jaką posiada ten produkt jest dla mnie absolutnie odpychająca.

  



Alverde – Żel do brwi, bezbarwny
Zdecydowałam się na bezbarwny produkt do brwi, ponieważ jak do tej pory wszelkie moje próby zbliżenia się do brwi z czymkolwiek kolorowym kończyły się efektem a la Frida Kahlo. Miałam nadzieję, że wynalazek Alverde pomoże mi po prostu ułożyć brwi i uzyskany efekt utrwalić.
No nie bardzo.
Produkt ma w skuwce grzebyczek, który nijak nie chce czesać. Układanie brwii dużo lepiej idzie szczoteczką służącą do nakładania żelu. Ale żel nie bardzo utrwala. Używałam tego produktu dosyć długo i szczerze mówiąc, to nie bardzo widziałam jakąkolwiek różnicę po użyciu tego żelu. Dodatkowo ostatnio zaczął zostawiać na brwiach jakieś białe paprochy.


Uff, koniec.
Jeśli ktoś miał do czynienia z tymi produktami, to jestem bardzo ciekawa wrażeń :)

 

poniedziałek, 25 marca 2013

Na początek coś dobrego: LIZ EARLE Cleanse & Polish Hot Cloth Cleanser



Kosmetyk do mycia twarzy.
Przeznaczony do stosowania zarówno rano jak i wieczorem, dla każdego typu skóry, dla osób w każdym wieku.
Producent obiecuje oczyszczanie, zmywanie makijażu, delikatne złuszczanie.
Zalecane nabycie produktu wraz ze szmatką muślinową (potrzebna w punkcie drugim instrukcji obsługi). 
 


 
Opakowanie: niby nic specjalnego, ale wygląda elegancko. Cieszy oko. Pompka – rozwiązanie, które bardzo lubię – proste, higieniczne, wygodne. Różnie to z pompkami bywa, czasami potrafią podnieść człowiekowi ciśnienie, ale ta jest wyjątkowo bezproblemowa w obsłudze. Sama radość z korzystania.




 

Produkt ma postać gęstego, białego kremu. Zapach jest delikatny, jak dla mnie lekko ziołowy, przyjemny. Łatwo się rozprowadza.
Zgodnie z instrukcją kremem najpierw delikatnie masujemy skórę bez użycia wody. Dzięki temu produkt nie jest rozcieńczony i łatwiej rozprawia się z makijażem i wszelkimi zanieczyszczeniami. W drugim etapie dokonujemy delikatnego peelingu, do akcji wkracza muślinowa szmatka. Szmatkę należy potraktować ciepłą wodą, a następnie użyć jej do zmycia twarzy. Na sam koniec odrobina chłodnej wody na skórę i gotowe.
Skóra jest naprawdę czysta, ale jednocześnie nie podrażniona. Zero efektu ściągniętej, wysuszonej skóry. Po użyciu tego produktu nie odczuwam potrzeby sięgnięcia po krem nawilżający w trybie natychmiastowym. Czuję się komfortowo.
Dodam, że kosmetyk zdarzało mi się stosować także niezgodnie z zaleceniami producenta, a konkretnie bez fazy szmatki. Tak też działa.
 



 
Produkt świetnie radzi sobie z makijażem oczu. Wolę zmywać oczy płynem micelarnym, ale przeprowadziłam serię testów i Liz Earle naprawdę daje rade. Nie robi oczom żadnej krzywdy, nie szczypie, nie powoduje zaczerwienień, nie pozostawia wrażenia, że widzimy jak przez mgłę. Och i ach.
Zdecydowałam się na zakup pod wpływem pozytywnych recenzji, ale muszę przyznać, że efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Jestem zachwycona.

Skład:
Aqua (water), Caprylic/capric triglyceride, Theobroma cacao (cocoa) seed butter, Cetearyl alcohol, Cetyl esters, Sorbitan stearate, Polysorbate 60, Glycerin, Cera alba (beeswax), Propylene glycol, Humulus lupulus (hops) extract, Panthenol, Rosmarinus officinalis (rosemary) extract, Anthemis nobilis (chamomile) extract, Eucalyptus globulus (eucalyptus) oil, Limonene, Citric acid, Sodium hydroxide, Phenoxyethanol, Benzoic acid, Ethylhexylglycerin, Dehydroacetic acid, Polyaminopropyl biguanide.
 
 


Nasłodziłam niemało, pora na słabe strony produktu. Czyli nie pozwólmy, żeby te plusy przesłoniły nam minusy. A minusy są dwa, z czego jeden całkiem spory.
Po pierwsze dostępność, a właściwie jej brak na polskim rynku. Tu nie jest jeszcze tak źle, bo można dostać Liz Earle na allegro. Na upartego można też zamówić bezpośrednio z oficjalnej strony (KLIK), ale koszty przesyłki są mało zachęcające - £5,70 za zwykły list. Według dzisiejszego kursu NBP wychodzi 27,7 zł. I to jest ten mały minus.
Większy to koszt samego produktu. Opakowanie 100ml na stronie producenta kosztuje £13,25 (zestaw ze szmatką £14,75), taka sama pojemność na allegro kosztuje przeważnie prawie 90 zł + przesyłka. Jedno takie opakowanie starcza na około miesiąc regularnego stosowania. Produkt dostępny jest w różnych pojemnościach, zarówno solo jak i w zestawach ze szmatką muślinową.
 




Podsumowując – uważam, że produkt jest absolutnie genialny, ale diabelnie drogi. W związku z tym szczerze odradzam zakup ;), ponieważ trudno się z tym produktem rozstać. Po zetknięciu z tym cudem następuje gwałtowny rozwój wygórowanych wymagań oraz postępująca frustracja przy stosowaniu produktów konkurencji. Oba zjawiska nieodwracalne.
Obecnie poszukuję czegoś, co byłoby równie dobre, ale bardziej przyjazne dla kieszeni. Tak, wiem, nie będzie łatwo, ale kto wie? Jak coś znajdę, to dam znać!

Cena: ok. 90 zł (£14,75) / 100 ml
Dostępność: allegro, strona producenta (KLIK)